Z miłości do pasji

Joga

Medytacje

Jak zaczęła się moja przygoda z jogą?

Jak na typowego prawnika przystało, moje ciało było i nadal jest „dość sztywne” – szczególnie kolana i stawy miałam i mam wręcz „zabetonowane”!Pierwszy raz na zajęcia jogi poszłam w wieku dwudziestu paru lat, gdzie niestety instruktorka wręcz naśmiewała się z tego, że jak to tak młoda osoba „skłonu zrobić nie może”, że „co ja robiłam w szkolnych latach na w-f”, że jak można tak „stękać i jęczeć…”. Skutecznie mnie to od jogi odsunęło na parę lat. Ale w pewnej mądrej książce przeczytałam, że jeżeli joga jest Ci pisana, to prędzej czy później Cie dopadnie.
Spróbowałam więc ponownie po ciąży bliźniaczej, gdzie moje ciało przeszło jeszcze większe „usztywnienie” i  „rozdęcie” -:). I na całe szczęście trafiłam do Tereni – prowadziła wówczas zajęcia w Dobrej Szczecińskiej, gdzie było dla mnie najbliżej, by zdążyć między jednym a drugim karmieniem chłopców. Moje pierwsze wrażenie było dość zaskakujące, bo Terenia była prawie w wieku mojej Mamy, a jak stanęła w pozycji, jak napięła swoje ciało, jak patrzyłam na niesamowity spokój, harmonię i radość jaka płynęła z jej wyrazu twarzy, z jej spojrzenia, jaka energia od niej biła, to wtedy pomyślałam – ja też tak chce!

 

Pomyślałam: Ja też chce tak wyglądać, chcę czuć i emanować taką energią w wieku… no powiedzmy dojrzałym. A teraz powiem, że nie tylko w pewnym wieku, tylko cały czas chcę czuć tę energię i że właśnie joga daje tą możliwość! I to dla każdego, w każdym wieku, i to z każdym usztywnieniem i w każdym momencie -:) Ponoć królowa brytyjska zaczęła uprawiać jogę w wieku 80 lat i jak widać ma się dobrze.

Terenia okazała cudowne „jogowe” podejście do takich osób jak ja… nie naciskała, nie przyspieszała, pozwoliła mi na spokojne, w swoim czasie odkrycie czym jest joga – bo owszem można podejść do tego na zasadzie ćwiczeń fizycznych, ale joga to dużo więcej! Wiele osób, studentów, klientów pyta mnie – skąd w Pani tyle energii? Skąd siła? – zawsze odpowiadam wtedy: JOGA! Odpowiadam z pięknym uśmiechem, gdzie uśmiecha się nie tylko twarz, ale i oczy i cała moja dusza.

W pierwszym roku ćwiczenia jogi uciekałam z zajęć, bo jako osoba „nie zginająca się, sztywna i stękająca” nie byłam w stanie kondycyjnie wytrzymać nawet tej godziny, nawet tych paru sekund w pozycji, a wielu z assan do dzisiaj nie robię prawidłowo. I całe szczęście – bo zamierzam jogę uprawiać do końca życia i cudownie jest czuć niesamowitą satysfakcję jak po paru latach zrobi się wreszcie „tę” pozycję! Ogromna satysfakcja i radość gonić tego króliczka. W drugim roku – czując już powolutku zmianę w ciele, przyjemność z tego, zaczęłam chodzić regularnie i nawet udawało mi się wytrwać do końca zajęć. Trzeci rok polubiłam jogę tak na maxa… a w czwartym pokochałam i to do takiego stopnia, że mam dzieci, mam rodzinę, kilka prac, klientów biznesowych, różne obowiązki i przyjemności ale mam też jogę! I wybór jest prosty i zawsze ten sam: JOGA. To mój power, moja ładowarka na cały dzień i do tego całkowicie naturalna, darmowa i nieskończona. Mogę czerpać z tej energii, kiedy tylko zechcę i to niewyczerpane źródło mocy!

 

Jestem zafascynowana jogą, dzisiaj to moja pasja, jestem bardzo głęboko przekonana, że joga uratowała mi życie, że dzięki niej dopiero teraz naprawdę żyję, że dała mi to coś najważniejszego w życiu – mianowicie spójność, spokój, harmonię, a przy tym siłę, energię, to coś co pozwala pokonywać trudności codzienności a jednocześnie panować nad swoimi słabościami, ciałem, duchem i myślami. Nie wspominając o takich skutkach ubocznych jak smukła sylwetka, zdrowy kręgosłup, wzmocnienie kondycji, umiejętność oddychania, czy przecudowne rozmowy o życiu i nie tylko w przerwach miedzy assanami.
 

Dzisiaj żyje sobie bardzo szczęśliwie w przekonaniu, że joga dobra na wszystko… mam okres – robię jogę, boli mnie głowa – robię jogę, nie mogę usnąć – robię jogę, mam ochotę miło spędzić czas – robię jogę… I Bogu, wszystkim Świętym, Aniołom, Buddzie czy komu tam trzeba dziękuję, że dane mi było spotkać na swojej drodze Teresę Konieczną Wysocką – która w tak delikatny, subtelny – po prostu jogowy – sposób podeszła do takiego „sztywniaka” jak ja.

MEDYTACJE

Medytować zaczęłam ponad rok temu w szczecińskim ośrodku Shambhala, przy ul. Śląskiej. Jak to zawsze w życiu bywa ktoś przypadkiem mi o tym powiedział i tak na zasadzie „a zobaczymy czy to dla mnie i co to w ogóle takiego jest” pojawiłam się w tym ośrodku…

Pierwsze spotkanie było medytacją 1,5 godziną, na którą składały się trzy serie po 20 minut w pozycji siedzącej i przeplatane tzw. medytacjami chodzonymi po 10 minut… i jak pierwszy raz w życiu usiadłam na tą poduszkę medytacyjną i kazali mi siedzieć, nic nie myśleć, oddychać i medytować to tak trochę śmiesznie. Oczywiście za pierwszym razem spodziewałam się nie wiadomo czego, może jakiegoś olśnienia dostane, a może wyciszenia, a może nagle Budda we mnie wstąpi (bo ten sposób ewidentnie kojarzył mi się z buddyzmem…gdzie przecież chrześcijańska modlitwa czy nawet czytanie pewnych tekstów, kontemplacja to nic innego jak pewnego rodzaju medytacja)…nic takiego się oczywiście nie stało, bo głównie śmiać mi się chciało. Siedzą ludzie, patrzą się przed siebie, w ciszy, niby tacy zamyśleni, smutni… a jak już w kółko po tym pokoju zaczęli chodzić to jak jakaś sekta albo inny klan. Trudno mi było powstrzymać się od śmiechu, bo oczywiście kątem oka obserwowałam innych, otoczenia itd .

Ale z czasem, po kilku szkoleniach, warsztatach, dniach spędzonych na medytacjach odkryłam niesamowitą moc tego sposobu na wgląd w siebie, na wyciszenie, na komunikację z serca, sposobu na bycie ‚tu i teraz”. Zrozumiałam, że w medytacjach wcale nie chodzi o nie myślenie, czy lewitację czy nie wiadomo jaki czysty stan umysłu (najlepiej na równi z mnichem, który dziennie po 10 godzin medytuje). Nie! To chodzi o świadomość tego, że umysł jest od myślenia, serce jest od odczuwania emocji i jesteśmy ludźmi.. mamy przeżywać, mamy żyć, mamy myśleć, a oddech jest tym co pomaga nam w byciu „tu i teraz”. Jak pojawiają się myśli, emocje czy skojarzenia to potraktować je jak jak jajko sadzone na patelni teflonowej (rozgrzanej i z masełkiem najlepiej)… myśl przychodzi, umysł teflonowy, myśl odkleja się i następna… i oddech, oddech i jeszcze raz oddech – dzięki któremu pojawia się przestrzeń, pojawia się pustka, możliwość czegoś nowego, kreatywnego, pauzy, luzu, odpuszczenia.